poniedziałek, 28 czerwca 2021

Dziennik Randala – część III

Trzask palonego drewna, charakterystyczny zapach pieczonego mięsa i swąd dymu drzewnego atakują moje nozdrza z pełną mocą, gdy siedzę przy naszym małym obozowisku, korzystając zarówno z blasku bijącego od ognia, jak i światła rapiera Mary, która to wspaniałomyślnie – choć bez jednego słowa – zgodziła się użyczyć mi go celem napisania tych słów. Bo i co też powiedzieć, skoro tak słono przypłaciliśmy ostatnie wydarzenia?

Zacząć jednak należy od chwili, gdy dokonawszy pozbawienia pająka – bądź też, jak to Mole z Ragnarem ujęli, gigantycznej pluskwy – życia i odnowiwszy nasze siły, ruszyliśmy z powrotem do komnaty, gdzie domniemanie spoczywał bohater wioski. „Ruszyliśmy” byłoby tu jednak określeniem na wyrost – podczas gdy czwórka z nas zmierzała w ową stronę spokojnym krokiem, tak nasz żółtooki towarzysz wychodził jeszcze dalej przed nas… z jednej strony wyglądało to tak, jakby chciał nam chyżo przewodzić, jednak widząc zawiedziony wzrok bardki i niezauważalnie zaciskające się dłonie wiedziałem, że w tym zachowaniu kryje się drugie dno – Xsarvo uciekał. Uciekał jakby w obawie przed lawiną pytań po całym incydencie w komorze pająka.

Widziałem po tych gestach, że Mara chce dogonić barbarzyńcę, docisnąć go do ściany i zadać te wszystkie pytania, które nią targały, acz jak gdyby powstrzymywała się dosłownie w ostatnim momencie, ukradkiem zerkając na mnie. Implikacja była jednoznaczna – gdyby nie to, iż dziewczyna zapewniała dzięki swym czarom źródło światła dla nas obojga i nie chciała zostawiać mnie samego w mroku, już dawno ruszyłaby do przodu.

Przekraczając ponownie próg komnaty z grobowcem, nasze kroki powiodły nas prosto do zakutej stalą drewnianej klapy, którą to wcześniej pozostawiliśmy samej sobie. Stanęliśmy nad nią, debatując szybko, cóż winniśmy uczynić dalej.

- Zejście jest małe, więcej jak jedna osoba naraz nie zejdzie. Co robimy? – głos Ragnara dawał wyraźnie znać, iż ten czeka na naszą decyzję.

- Ja pójdę pierwszy. Mara niesie światło, więc zejdzie za mną, dopiero potem wy. – Xsarvo nie tracił ni chwili na rozplanowanie, jednocześnie chwytając za skobel klapy i ciągnąc w górę.

W tym samym momencie, w którym rzeczona klapa rozwarła się na oścież, w naszą stronę jakoby ze swoistej katapulty wystrzelił ładunek jakiejś dziwnej mazi.

- PADNIJ! – z tymi słowy wszyscy rzuciliśmy się na boki. Dosłownie w ostatniej chwili; gdy tylko odwróciliśmy się w stronę przeciwległej ściany, dostrzegliśmy jak miejsce ochlapane ową breją momentalnie ciemnieje, a sama maź z sykiem spływa w dół.

Spojrzałem szybko po moich kompanach; nikomu na szczęście nic się nie stało, jedynie Xsarvo z obrzydzeniem strzepnął kawałek brei z miecza, a Mara ze zmarszczoną brwią przyglądała się swojemu płaszczowi, w którym kilka kropel wyżarło przypalone na brzegach dziury.

- Było blisko… - mruknęła rudowłosa, zawijając przypalony kawałek płaszcza i spoglądając w dziurę. – Więc? Schodzimy?

Tedy jedno po drugim zeszliśmy na niższy poziom podziemi. W korytarzu już czekał na nas komitet powitalny złożony z kilku szkieletów, jednak po walce z olbrzymim pająkiem, widmem i zastępem nieumarłych ta grupka adwersarzy była zdecydowanie snadnym zadaniem. Kierując się w głąb holu, nasze oczy dojrzały w końcu duże, dębowe wrota.

- Odsuńcie się. Te powinny się poddać bez oporu. – postanowiwszy powtórzyć próbę z wyższego poziomu, ponownie wziąłem rozbieg i z pełną mocą mojego kopnięcia wpadłem w drzwi, licząc że ustąpią i z trzaskiem uderzą o przeciwległą ścianę.

Niestety, bogowie ponownie zadrwili z mojej osoby. I to z nawiązką.

Wrota nie poddały się mocy uderzenia, roznosząc falę głuchego łoskotu po całym korytarzu i skutecznie wytłumiając cały impet. Jedynym pocieszeniem pozostał dla mnie fakt, iż nie odleciałem od nich lądując na podłodze niczym wyżęta szmata w wiadrze.

Cóż mi z tego, skoro drzwi ułamek sekundy później miotnęły we mnie zaklęciem gromu tak potężnym, że rzuciło mną prosto w kąt przy jednej ze ścian ładnych kilkanaście stóp do tyłu. Oszołomiony, zamrugałem kilka razy – wydawało mi się, że świat kręci się wokół mnie z potworną szybkością, a moi towarzysze rozmywali się przed oczyma, mimo że stali parę stóp ode mnie.

Ragnar pokręcił głową na moje odczyny, podszedł do drzwi, wyciągnął ze swej kalety wytrych i po chwili majstrowania przy zamku odwrócił się do nas z uśmiechem, gdy ten ustąpił z głośnym kliknięciem.

Potrząsnąłem ponownie głową, wstałem przykładając swoją dłoń do miejsca, w które ugodziło zaklęcie i skupiając się na uleczeniu rany, po czym upewniwszy się, że ta zasklepiła się w pełni, całą gromadą wpadliśmy do pomieszczenia strzeżonego przez dębowe wrota.

O bogowie… teraz, gdy o tym myślę, zastanawiam się dlaczego nie byliśmy ostrożniejsi. Te zastępy adwersarzy, które napotkaliśmy do tej pory, powinny były solidnie dać nam do myślenia nad tym, dlaczego puste pomieszczenie było strzeżone przez zazbrojone magiczną pułapką drzwi…

Wtedy było jednak za późno. Ledwie ostatnie z nas przestąpiło próg, wrota z łoskotem zatrzasnęły się same z siebie, a na środku komnaty zmaterializowała się kolejna zjawa. Gdy teraz o tym myślę, zastanawiam się, skąd u nas wzięła się taka pewność siebie odnośnie tego starcia… jako że dosłownie moment wcześniej mierzyliśmy się z podobnym oponentem, otoczyliśmy zjawę ze wszystkich stron i jęliśmy wyprowadzać kolejne ciosy. I wystarczyła jedna chwila, by cała nasza pewność uszła z nas niczym para z kotła… Żaden z naszych ciosów nie imał się zjawy. Wręcz odwrotnie, uderzenia zdawały się ranić nas samych. Ragnar i Mole trafili się wzajemnie z taką mocą, że obaj o mało nie zeszli z tego świata, Mara przycięła się własnym rapierem w rękę, a moje potężne uderzenie mieczem przeszło na wylot i trafiło prosto w moją własną stopę.

Walka ta – o ile można było nazwać ją w ogóle walką – zdawała się nie mieć jakby swego końca, działając nam na nerwy coraz to mocniej i powodując, że w naszym zaślepieniu ciosy mimo iż coraz potężniejsze, tym bardziej nie trafiały w oponenta. W tym właśnie momencie Mara wydała z siebie swoiste prychnięcie – tak jakby nie wiedziała, czy z tej frustracji śmiać się, czy płakać. To spowodowało, iż zjawa skierowała swój upiorny wzrok prosto na rudowłosą, która urwała w pół tonu, a sekundę później osuwała się po ścianie, gdzie miotnął nią cios wymierzony przez naszego adwersarza. Niewiele myśląc, rzuciłem się w jej stronę, kładąc dłonie na jej ramionach i rzucając czar uleczający.

- Sama potrafię o siebie zadbać… - burknęła naburmuszona bardka, choć jej nieco mętny wzrok wskazywał, że nadal jeszcze nie doszła w pełni do siebie po sile uderzenia.

- Tak, tak, wszyscy o tym wiemy. – uciszyłem ją w pół słowa, posyłając jej lekki uśmiech i pomagając jej wstać. Dziewczyna potrząsnęła głową i skinieniem dała do zrozumienia, że czuje się już na tyle dobrze, by wrócić do walki.

Nadal podtrzymując dziewczynę, odwróciłem się w samą porę, by ujrzeć jak sfrustrowany Xsarvo z pełną mocą wyprowadza cios w kierunku zjawy. Ten jeden gest ze strony naszego towarzysza był niczym lont podpalony na armacie – Mara wyplątała się z moich rąk, ponownie podnosząc rapier i wyprowadzając pchnięcie, a i ja sam uniosłem miecz i rzuciłem się w kierunku oponenta, uderzając celnym zamachem. Mara jednak nie odpuściła – w szybkim tempie wyprowadziła kolejne uderzenie powodując, iż zjawa rozpierzchła się z głuchym świstem.

Odzyskawszy rezon, rozejrzeliśmy się po komnacie. Jedyną rzeczą, która mogła nas zainteresować, była prowadząca w górę drabina. Bez słowa wszyscy aprobowaliśmy, iż należy sprawdzić, dokąd owa prowadzi.

Wespnąwszy się na górę tuż za Xsarvo, który bez wahania podniósł drewnianą klapę okrywającą właz, rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu, w którym się znaleźliśmy. Mały, drewniany pokoik i jego wyposażenie – taczka, worki z ziemią, kilka skrzyń, duża beczka – wskazywały, iż znajdowaliśmy się w schowku.

Napotkawszy wzrok Mary, a następnie Ragnara, zgodziłem się z ich niemą myślą – ewidentnie znajdowaliśmy się w domu grabarza. Widząc, jak Xsarvo kiwa głową w stronę dziewczyny, potwierdzając jej zdanie, zacisnąłem zęby – konfrontacja była nieunikniona.

W tym momencie Xsarvo przyłożył palec do ust, nakazując być cicho, po czym ostrożnie wyszedł przez drzwi, niezauważalnie drugą ręką pokazując nam gest „po cichu i za mną”. Ostrożnie, aby nie narobić hałasu, wyszliśmy jedno po drugim, stając kawałek za barbarzyńcą i kierując wzrok ku stojącej przed rozpalonym kominkiem postaci.

- A więc udało Wam się wyjść… - głos Raula był znacznie bardziej chrapliwy i nieprzyjemny niż podczas naszego pierwszego spotkania, przywodząc na myśl stępiałe opiłki żelazne trące o szkło. Sam zainteresowany nawet nie odwrócił się w naszą stronę, nadal gapiąc się w ogień.

- A więc jednak… chodzące trupy na cmentarzu… to Twoja sprawka. – kątem oka zauważyłem, jak Xsarvo poprawia chwyt na mieczu. Spojrzałem do tyłu – mina naszej rudowłosej towarzyszki wyrażała całe multum emocji, jednak przerażenie, najpewniej na myśl, co ten… trudno mi tu było znaleźć określenie, bo człowiekiem grabarza z pewnością nazwać nie było można… chciał zyskać na terroryzowaniu wioski? Ekspresje Ragnara i Mole’a nie pozostawiały wątpliwości – obu z nich brzydziło to, co grabarz zrobił, i gotowi byli rozerwać go na strzępy.

- I naprawdę myślałeś, że kupimy Twoją bajeczkę o tym, że nic tu się nie dzieje? Że cała wioska sobie tę historię zmyśliła? Że nieumarli pojawili się sami z siebie jeśli już? – w tym momencie złość podburzyła moje nerwy na tyle, że stanąłem ramię w ramię z Xsarvo i z metalicznym szczękiem wyciągnąłem swój miecz, oskarżycielskim gestem kierując go w stronę Raula.

- Sami z siebie? Nie… to ja sam ich stworzyłem! – w tym momencie grabarz odwrócił się w naszą stronę. To, co zobaczyliśmy, utwierdziło nas w przekonaniu, że nie mieliśmy do czynienia z człowiekiem, lecz czymś, co go przypominało.

Czarne szaty okrywające większość ciała.

Poorana zmarszczkami i bliznami ciemnoczerwona skóra.

Czarne oczy bez białek, tęczówek i źrenic, pełne nienawiści i odrazy.

Kwadratowa szczęka, ostro zarysowany podbródek, smoliście czarne włosy zaplecione w dwa warkocze i dwa wystające z tyłu głowy rogi.



Miotający się pod krajem szat ogon.

Diabelstwo…

W tym momencie nasz żółtooki towarzysz stracił jakiekolwiek resztki cierpliwości i rozsądku i z rykiem rzucił się naprzód wykonując jednocześnie potężny zamach. Niewiele myśląc, rzuciłem się naszemu gburowatemu kompanowi na odsiecz, a tuż za mną Ragnar i Mara, otaczając ten przeklęty diabelski pomiot ze wszystkich stron. Jedynie Mole trzymał się nieco na uboczu, preferując uderzenia swoimi urokami z dystansu.

Wszyscy byliśmy pewni siebie. Aż nazbyt… Bogowie, jak mogliśmy być tak głupi… gdy teraz o tym myślę, zastanawia mnie, dlaczego żadne z nas nie przewidziało takiego wariantu…

Od samego początku nekromanta był przepełniony pewnością siebie, tak jak gdyby z góry wiedział co się stanie bez względu na naszą przewagę liczebną. Mimo że był on otoczony przez nas zewsząd i w sytuacji pozornie bez wyjścia, nasze ciosy nijak nie imały się jego ciała. Za każdym razem, choć wydawało się, że uderzenie trafi, w ostatniej chwili schodziło ono na bok lub ześlizgiwało się po ciele naszego przeciwnika. A on tylko stał i się uśmiechał. Jak gdyby wiedział, że ta walka już rozstrzygnęła się na jego korzyść.

W końcu nasze ciosy przedarły się i boleśnie ugodziły adwersarza. Wszystkich nas przepełniła momentalnie duma – w końcu udało się coś nam zrobić, nareszcie w tej walce poczyniliśmy postęp! Mam wrażenie, że to był moment, który nas zgubił… bowiem w naszej bucie nie dostrzegliśmy, jak nekromanta z niezmiennym uśmieszkiem na twarzy skupia swoją uwagę na będącym na uboczu Mole’u. Mole’u, który w porównaniu z wielkim mieczem Xsarvo, moim długim ostrzem czy rapierem, którego dobył Ragnar miast swego łuku, nie stwarzał dla niego praktycznie żadnego bezpośredniego zagrożenia.

My jednak, zaślepieni butą, wymienialiśmy uwagi, docinki i kpiny w stronę naszego przeciwnika, jednocześnie nie zdając sobie sprawy z rozmiaru tragedii, która miała się rozegrać w ciągu najbliższych sekund… i wtedy nastąpił moment, w którym ten pomiot diabła po raz trzeci odwrócił się do Mole’a, na co nasz pół-orczy towarzysz zrobił oczy rozmiaru srebrników, zachwiał się i ciężko upadł na podłogę. Zanim się przewrócił, jego wzrok zdołał wyrazić kompletne zaskoczenie, zdezorientowanie, a na samym końcu szok i niedowierzanie. Sekundę później jego ciało głucho tąpnęło na deski.

To był moment, w którym moja wściekłość o mały włos nie przekroczyła granic zdrowego rozsądku. Zanim przestałem nad sobą panować, dojrzałem jedynie trwożne przerażenie na twarzy Mary, ogień furii w oczach Xsarvo i żal oraz determinację zdobiącą twarz Ragnara szepcącego „bracie mój…” Chwilę potem w myślach miałem tylko jedną rzecz – zatłuc ten pomiot na śmierć i pomścić naszego towarzysza.

Nekromanta chyba nie spodziewał się, że odebranie żywota Mole’owi będzie miało skutek odwrotny do prawdopodobnie zamierzonego – zamiast nas złamać, sprawił tylko, że nasze ciosy zaczęły trafiać znacznie częściej i ze znacznie większą siłą. Zanim się zorientowaliśmy, Ragnar celnym uderzeniem przebił serce pomiota, mocarnym zamachem wyciągając rapier i miotając ciałem o podłogę.

Nikt jednak z nas nie miał powodu do radości. Nie w momencie, gdy wśród nas leżało ciało naszego kompana. Puste, zimne, bez dechu…

Kątem oka ujrzałem, jak Ragnar pada na kolana przy ciele Mole’a, a Xsarvo wbija po raz ostatni miecz w trupa i warczy coś cicho pod nosem. Mój wzrok padł na Marę, która słaniając się na nogach, tak jakby uszło z niej całe powietrze, zatoczyła się pod ścianę i osunęła się po niej. Powoli podszedłem i przyklęknąłem przy niej, nie chcąc jej się narzucać. Przemogłem się jednak, i zapytałem:

- Mara… wszystko w porządku? – bogowie, jak teraz o tym pomyślę, to zabrzmiało to tak idiotycznie… jak mogło cokolwiek być w porządku? Straciliśmy towarzysza, na wszystkich bogów…

Mara w odpowiedzi pokręciła głową, a sekundę później ze łzami w oczach rzuciła mi się na szyję i mocno wtuliła we mnie. Nie mówiąc ni słowa, przyciągnąłem ją i przytuliłem do siebie. Nie odzywałem się – wiedziałem i czułem, że w tym momencie potrzebna jest jej bliskość drugiej osoby, a nie zbędny komentarz, jeśli wierzyć jej łkaniu i wstrząsającymi jej ciałem dreszczami.

Nie wiem, ile czasu trwaliśmy w tej pozie. Dopiero gdy dziewczyna uniosła głowę rozglądając się na boki, i ja odwróciłem się, by dojrzeć, że Ragnar i Xsarvo zabrali się za rewizję domu grabarza, której wcześniej nekromanta raczył nam odmówić. Właśnie przetrząsali sypialnię.

Tedy więc podnieśliśmy się z kolan i poszliśmy w ich stronę. W momencie, w którym stanęliśmy w drzwiach, nasz gburowaty towarzysz akurat wyszperał jakieś fotografie z jednej ze skrzyń. Na jednym z nich widniały postacie, które bez problemu mogliśmy rozpoznać – grabarz i chłopak, którego szczątki spotkaliśmy pod ziemią.

- To… to jest ten sam chłopak, którego znaleźliśmy w katakumbach. Ten, którego zabił pająk. – Mara drżącym głosem potwierdziła moją myśl. Nikt na szczęście nie skomentował roztrzęsionego tonu rudowłosej.

Dalsze przeszukanie sypialni nie przyniosło nam niczego, prócz stosu książek o nekromancji leżących na biurku obok drzwi. W jednej z nich znaleźliśmy mapę całego regionu z zaznaczoną na niej lokalizacją opisaną jako Krucza Twierdza.

- Ja… myślę, że powinniśmy zrobić coś z tymi książkami… - Mara wskazała palcem na stosy tomów. – Nie chcemy chyba, żeby za parę tygodni pojawił się tutaj kolejny nekromanta…

Spojrzałem na opasłe tomy z obrzydzeniem. Jak można było w ogóle praktykować tak czarną magię, i to jeszcze w takich niecnych celach, do tego terroryzując całą niewinną wioskę?!

- Proponuję je spalić. – mój zdecydowany ton nie zostawiał nawet cala marginesu na sprzeciw czy inne argumenty. Kątem oka dojrzałem, jak dziewczyna posyła mi niewielki uśmiech, a chwilę później wszystkie książki ochoczo spowijał płomień wciąż płonącego w kominku ognia.

Do rewizji w tym momencie pozostał nam tylko schowek, w którym wyszliśmy z podziemi. Wchodząc do niego, uderzyło nas coś, czego nie zarejestrowaliśmy wychodząc z katakumb. A mianowicie fetor rozkładającego się ciała.

Spojrzeliśmy z Xsarvo i Ragnarem po sobie, po czym zgodnie wbiliśmy miecze pod wieka skrzyń i podważyliśmy je do góry. Widok, jaki zastaliśmy, był iście groteskowy, dlatego oszczędzę szczegółów… dość powiedzieć, że stan zwłok ledwie pozwolił na ich identyfikację. Niemniej, wiedzieliśmy kogo znaleźliśmy. W skrzyniach leżał prawdziwy grabarz Raul wraz ze swoją żoną, którą znaleźliśmy na pozostałych zdjęciach. Oboje zamordowani z zimną krwią, wrzuceni w skrzynie i przykrycie cienką warstwą ziemi.

Odgłos wstrzymywanego odruchu uświadomił mnie, że nasza bardka długo tego fetoru nie zniesie, dlatego zgodnie opuściliśmy wieka skrzyń. Xsarvo nie bacząc na nic skierował się prosto do wyjścia, lecz ja, będąc szybszym skutecznie zablokowałem mu wyjście.

- Chwila, moment. Nie zapomniałeś o czymś? Uważam że powinniśmy pochować Mole’a. Zasłużył na to…

Xsarvo spojrzał tylko na mnie swoim przenikliwym wzrokiem żółtych oczu.

- Rób co chcesz… - odparł beznamiętnie, wymijając mnie i wychodząc z domku. Mara podążyła za nim, rzucając mi przepraszające spojrzenie. Akurat jej nie winiłem – wcześniejsza reakcja świadczyła, że dziewczyna musiała zażyć świeżego powietrza. Podszedłem do Ragnara, kładąc mu rękę na ramieniu.

- Chodź. Zabierzmy stąd Twojego brata. – z tymi słowy podnieśliśmy ciało pół-orka, po czym skierowaliśmy się na zewnątrz, gdzie pod bacznym okiem obserwującej nas spod wyszczerbionego płotu bardki pochowaliśmy z honorem Mole’a, jak bohaterski zwyczaj nakazywał. Przez cały czas nikt się nie odzywał, atmosfera mimo pięknego poranka była przytłaczająca…

Kierując swe kroki ku siedzibie wójta, cała nasza czwórka milczała. Nikt z nas nie był chętny do jakiejkolwiek konwersacji. Tak jakby nad naszą drużyną unosiła się w powietrzu burza, podczas gdy nad całą resztą słońce świeciło jak gdyby nigdy nic.

Rozmowa z wójtem również nie była łatwa. Tym bardziej, że wójt na wieść o nekromancie zareagował tak, jakby była to jakaś codzienność, śmierć grabarza skwitował krótkim „będą musieli przysłać nam nowego grabarza…” a fakt, iż Mole poległ przy wykonywaniu zadania podsumował:

- Cóż, w Waszym fachu taka norma, że co jakiś czas ktoś ginie…

Te słowa zadziałały na mnie jak płachta na byka. Zanim ktokolwiek z naszych pozostałych kompanów zdołał zareagować, miecze Xsarvo i mój były wbite w sam środek wójtowego biurka, a sam wójt Albert był już przyduszony „za szmaty” do ściany, moja ręka tuż przy jego szyi…

- Straciliśmy towarzysza znajdując nekromantę tuż pod Twoim przeklętym nosem, a Ty śmiesz mówić że strata kompana to jest norma?!

- Randal, odpuść! On nie jest tego wart! – błagalny ton Mary zadziałał na mnie jak kubeł zimnej wody prosto na głowę. Zerknąłem na nią przez ramię, a widząc, iż dziewczyna mówi całkowicie poważnie, puściłem wójta dbając o to, by przyłożył głową o ścianę, po czym wyciągnąłem miecz i wzburzony opuściłem progi wójtowej siedziby, zostawiając kwestie rozliczenia pozostałym kompanom. Sekundę później, dzierżąc kaletę z brzęczącą zawartością, do mojego boku dołączył Xsarvo, a Ragnar chwilę po nim. Jedynie Mara wychodząc obróciła się w progu i na odchodne rzuciła:

- W podziemiach… leży ciało chłopaka, syna grabarza, zabierzcie go stamtąd i pochowajcie z rodzicami… Nie zasłużył, żeby zgnić w zapomnieniu.

- Zajmiemy się i tym. – padła odpowiedź na pożegnanie.

Po rozdzieleniu złota, które otrzymaliśmy za wykonanie zadania, szybką i jednogłośną decyzją doszliśmy do wniosku, że bez sensu jest dłużej zostawać w wiosce i lepiej od razu ruszyć do Wrót Baldura aby zgłosić Gildii obecność nekromanty na terenie. Skierowaliśmy się więc ku karczmie, aby odmeldować swój pobyt.

Karczmarka Elizabeth nie mogła ukryć wdzięczności, gdy Ragnar poinformował ją o zażegnaniu problemu. Jednak po chwili padło pytanie, które musiało paść:

- A gdzie Wasz towarzysz? Była Was piątka…

- Brat… brat zginął podczas wykonywania zadania… - półprzytomny głos Ragnara był ledwie słyszalny, ale wystarczył, aby karczmarka wskoczyła na kontuar i ryknęła na całą salę:

- Ej! EJ, CISZA NA SALI!

Cała sala zamilkła jak jeden mąż.

- Pragnę wznieść toast za jednego z bohaterów obecnej tu drużyny, który poświęcił swe życie, by dopełnić misji i uwolnić naszą wioskę od problemu z nieumarłymi! Wypijmy zdrowie Mole’a, niech mu ziemia lekką będzie!

Przez salę przebiegł pomruk szacunku i uznania dla naszego poległego kompana, po czym na zwyczajową minutę zapadła kompletna cisza. Dopiero po tym czasie karczmarka zeszła z kontuaru i zwróciła się do nas, proponując nam wynajęcie koni, które skróciłyby czas podróży.

- Dzięki nim do Wrót Baldura dotrzecie w trzy dni. Droga na piechotę to tydzień marszu. Jak dotrzecie na miejsce, zostawicie je w karczmie U Billy’ego – to mój dobry znajomy, zajmie się nimi.

Przystaliśmy na ofertę Elizabeth – skrócenie drogi o połowę było bardzo kuszącą propozycją.

Konie, które otrzymaliśmy od karczmarki, okazały się dobrze utrzymanymi i przyjaznymi stworzeniami. Z uśmiechem poklepałem mojego karego wierzchowca po pysku, na co ten odpowiedział mi wesołym rżeniem. Spojrzałem ponad pyskiem konia i dojrzałem, jak Mara z zachwytem tuli się do niewielkiego gniadoszka, który to również zdawał się cieszyć z uwagi poświęcanej mu przez bardkę. Dziewczyna złapała mój wzrok, po czym zdawała się spłonąć rumieńcem i schowała się za zwierzaka.

Po całym dniu podróży zatrzymaliśmy się na niewielkiej polanie i rozbiliśmy obozowisko na noc. Po opadnięciu wszystkich emocji wszyscy są małomówni i nie w nastroju. Wszelkie odzywki są krótkie i odnoszą się do koniecznych czynności: „pójdę po drewno”, „zajmę się jedzeniem”, „zadbam o konie”. Byle tylko nie poruszać tematu tego, co się stało…

Nie wiem, co czeka nas dalej. Pomimo, iż jesteśmy „drużyną na chwilę”, to więzi chyba zadzierzgnęły się na tyle, że przykro będzie się rozdzielać. Niemniej musimy brać pod uwagę, że mogą rzucić nas na dowolny front. Wszystko okaże się, gdy dotrzemy do miasta i złożymy wizytę w siedzibie Gildii.

niedziela, 27 czerwca 2021

Nemeria I

 Było zimno i wilgotno. Podłoga klatek nie była nawet wyściełana materiałem, czy wysypana słomą, jak robią tą handlarze z klatkami dla zwierząt by uchronić je przed zimnem. Siedziałam skulona w kącie, blisko Annuna próbując zagarnąć jak najwięcej bijącego od niego ciepła. Kto by pomyślał, że ogar piekielny może zastępować domowe palenisko?

Musiałam zasnąć, bo następne czego byłam świadoma, to odgłosów walki dobiegających zza drzwi. Przez chwilę rozbudziła się we mnie mała iskierka nadziei. Może zaginęło więcej osób, a banda kretynów wreszcie wyhodowała coś bardziej męskiego niż ego i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce?

Zwinęłam się mocniej w sobie, kiedy przez odgłosy ścierających się broni przebił się wrzask. Pełen bólu, strachu i rozpaczy wrzask, od którego ciarki przeszły mi po całym ciele a ogon mocniej zwinął się po sukienką i przycisnął do tułowia.

Chwila ciszy. Teraz nawet dźwięki walki ucichły. Do moich uszu docierał jedynie mój własny oddech i ciche warczenie i burczenie Annuna, który najprawdopodobniej znów był głodny. Kilka kropel wody opadło i rozbryzgnęło się na podłodze.

Dźwięki znowu wróciły, ktoś rozmawiał na korytarzu, a odgłosy kłótni niosły się echem. Zbliżyłam się do krat, by spróbować usłyszeć coś więcej. Co najmniej dwóch mężczyzn, sądząc po krzykach.  Lekko zmieszana odwróciłam się w stronę Annuna.

– Myślisz, że mogą pomóc? – zapytałam.

Ogar jedynie warknął poprawiając się na swoim miejscu w kącie klatki i przymykając płonące ślepia.

– Jak zawsze pomocny… – westchnęłam. Nie miałam pojęcia co ściągnę na siebie krzycząc, czy wołając o pomoc. Diabelstwo w klatce… cóż to niemal pewna szansa, że skończę jako przedmiot pośmiewiska. Zaciskając zęby z frustracji i chowając ogon najlepiej jak to możliwe poniosłam głos.

– Hej! Wy tam! – krzyknęłam, mając nadzieję, że pozbyli się wszystkich hobgoblinów, które kręciły się w pobliżu. Przez chwilę słychać było odgłosy kroków i cichy szmer rozmów. Po chwili z drugiej strony drzwi dobiegł głośny łomot. Ewidentnie ktoś próbował je wywarzyć. Wzdrygnęłam się słysząc ciche stęknięcie bólu. Następny huk był nieco słabszy również nie skończył się na otwarciu drzwi. Dopiero trzecia próba, sądząc po odgłosach, obejmująca zabawę wytrychem, sprawiła że zamek otworzył się z cichym kliknięciem.

Kiedy drzwi się otwarły, na progu stał, uśmiechający się krzywo, mężczyzna. Płowe włosy miał roztrzepane i posklejane od potu, sięgające szczęki, przez co wystawały spod nich lekko szpiczaste uszy. A więc pół-elf. Tuż za nim stał dość zmaltretowany palladyn, sądząc po zbroi. Doskonale rozpoznałam moment w którym dostrzegli Annuna. Pół-elf cofnął się o krok, a dłoń palladyn powędrowała do miecza.



Wzięłam głęboki oddech, kiedy zaczęła narastać we mnie panika.

– Do wszystkich bogów, co to jest!? – zapytał Palladyn.

– Piesek – sarknęłam i niemal w tej samej chwili usłyszałam jak ostatni nieznajomy mówi „diablęcie”.  Gorycz podeszła mi do gardła, ale zdusiłam ją w zarodku, zanim stres zdążyłby pogorszyć sytuację. „To coś”, czyż nie powinnam już przyzwyczaić się do tego określenia?

– Piesek? – najwyraźniej Palladyn nie usłyszał swojego towarzysza, który wciąż pozostawał dla mnie niewidoczny, a całą swoją uwagę skupił na Annunie.

– Tak, piesek – byłam już mocno zirytowana i przestraszona. Dlaczego nie mogli mnie po prostu wyciągnąć, zamiast stać tam i gapić się jak banda osłów? Ogar znów się zbudził powracając do życia. Lochy wypełnił jego warkot, a w mojej głowie na nowo rozpoczęła się stała mantra „zabić, rozerwać, rozszarpać, krew, mięso”. Gdyby nie fakt, że klęczałam na tych przeklętych kamieniach, prawdopodobnie teraz bym upadła.

– Wybacz, ale Piekielnego Ogara nazywasz pieskiem?! – Wciąż stali, wciąż się gapili…

– Tak… Jest mój, co w tym złego? – Jakby próbując dodać sobie nieco odwali, przysunęłam się bliżej klatki Annuna. Chciałam udawać, że dreszcze które pełzały po moim ciele są jedynie wynikiem zimna.

– Po prostu jestem niesamowicie zaskoczony… – prychnęłam pod nosem. Zupełnie jakby przypisywanie mojemu gatunkowi wszystkich możliwych piekielnych atrybutów nie było normą.

– Nie ty jeden… – mruknęłam, przypominając sobie dzień, w którym zyskałam Annuna. Nie chciałam tego, byłam przerażona ogromną piekielną bestią, która warczała i szczerzyła kły. Do stu piekieł, miałam zaledwie szesnaście lat! Ale On uważał to za niesamowicie zabawne. Piekielny ogar, dla „Jego” piekielnego dziecka.

Ostatni mężczyzna przecisnął się do przodu i oparł się o klatkę. Wyglądał okropnie. Klatkę piersiową, nie chronioną przez żaden pancerz, a jedynie ciemne, wężowe łuski, znaczyły świeże rany po mieczu, mięśnie drgały mu, jakby w każdej chwili miał runąć na podłogę, ciemne włosy miał mokre i zlepione krwią, której zapach niemal natychmiast uderzył mnie w nos. Najdziwniejsze były jednak oczy, zanim opuściłam wzrok w spanikowanym odruchu zobaczyłam jeszcze słabe migotanie w złotych tęczówkach. A więc Yuan-ti… Naprawdę zaskakująca kombinacja.

– Skąd się tu wzięłaś? – Wzdrygnęłam się na dźwięk płynnego infernalu, którym przemówił. Jedyna osoba, która nadawała temu językowi choć odrobinę pozytywny wydźwięk nie żyła od lat...

– Złe miejsce, zły czas… – odpowiedziałam instynktownie przechodząc na infernal.

– Jak długo tu siedzisz? – Rozejrzałam się wymownie wodząc wzrokiem po gołych, kamiennych ścianach.

– Skąd mam wiedzieć. Ciężko tutaj liczyć upływ czasu, nie sądzisz? – warknęłam. Siedzenie po drugiej stornie metolowych krat, kiedy tych trzech się na mnie gapiło, było… irytujące.

– Szarpać, gryźć… jeść. – Annun wstał ze swojego miejsca i teraz dosłownie ślinił się tuż przy spanikowanym pół-elfie.

– Annun… – warknęłam, starając się by mój głos się nie łamał. Naprawdę nie miałam pojęcia ile już tu siedzieliśmy, a nie chciałam mieć tutaj puszczonego luzem, rozjuszonego, piekielnego ogara o pustym żołądku.

– Mięso. – Westchnęłam cicho zastanawiając się co począć.

– Słyszałam odgłosy walki. Macie tam jakieś trupy? – Annun pewnie zdecydowanie bardziej preferowałby ciepłe, żywe mięso, ale w obecnej sytuacji hobgobliny powinny wystarczyć. Niespodziewanie cała trójka spięła się i popatrzyła po sobie.

– Za dużo – przyznał palladyn.

– O jednego za dużo…

A więc stracili kogoś ze swoich… Ten krzyk, to musiało stać się wtedy. Udając, że niczego nie zauważyłam, odwróciłam się do Annuna i posłałam mu ostre spojrzenie.

– Annun, spokój! Będzie jedzenie – warknęłam.

– Kto cię tu zamknął? – barbarzyńca po raz kolejny zwrócił na siebie moją uwagę. Wciąż nie przeszedł na wspólny i zastanawiałam się, czy robi to z poczucia kultury, czy może nie chce żeby jego towarzysze o czymś wiedzieli? To zaczęło się robić coraz bardziej interesujące.

– Hobgobliny – odpowiedziałam zgodnie z prawdą – Zmyślne diabelstwa jak najdą cię całą hordą.

Uśmiechnęłam się półgębkiem cały czas unikając patrzenia mu w oczy.

– Powiedziało diabelstwo. Bardzo ironiczne. – Parsknęłam cicho, ale nie odpowiedziałam. Yuan-ti odwrócił się do swoich towarzyszy i, wracając do wspólnego polecił:

– Przeszukajcie hobgobliny, gdzieś powinien być klucz.

– Robi się… – Palladyn miał już wychodzić, kiedy zawahał się na progu i odwrócił w naszą stronę. Widziałam jak jego twarz ciemnieje w smutku.

– Mam jeszcze tylko jedną prośbę panowie, co jak co, ale Marę musimy stąd zabrać… i musimy znaleźć jakieś latarnie.

A więc miała na imię Mara, co?

– Ragnar, chodź przeszukamy tych skurczy synów…

Nie udało mi się wyłapać więcej z rozmowy palladyna i pół-elfa, bo barbarzyńca znowu skupił na mnie swoją uwagę.

– Po co weszłaś tutaj, do tego miejsca?

– Nie weszłam, miałam to nieszczęście, że… – zawahałam się przez chwilę zastanawiając się ile mogę ujawnić i w jaki sposób to zrobić. – Spałam.

– W jaki sposób tutaj… nie weszłaś? – Barbarzyńca skrzywił się. Cała jego postawa pokazywała jak bardzo mi nie wierzy. Rozumiałam to. Mówił brać mnie za głupie dziecko, które szwendało się po opuszczonej kopalnie dla rozrywki i przypadkiem natknęło nad hobgobliny… och jak bardzo się mylił.

W tej samej chwili do pomieszania ponownie wszedł pół-elf z dumnym uśmiechem niosąc klucz, który musiał znaleźć w truchłach.

– Przepraszam, proszę mnie przeprosić. – z wdziękiem wcisnął się pomiędzy Yuan-ti a moją klatkę. Nie udało mi się zdusić chichotu, ale szybko się opanowałam i skupiłam na pytaniu.

– Wiesz… Kiedy wieśniacy spalą ci dom nie za bardzo masz gdzie mieszkać… – Mentalnie skarciłam się, kiedy mój głos załamał się do nerwowego chichotu. Nie chciałam tego pamiętać. Widok słupa dymu unoszącego się na granicy lasu, płomienie liżące drewnianą konstrukcję. Panika, kiedy wbiegałam do środka, przed otwór w którym kiedyś były drzwi. W środku było już gęsto od ciemnego, duszącego dymu. Diabelstwa mogły być odporne na ogień, ale nikt nie powiedział, że nie możemy się udusić z braku powietrza.

– Nocowałam w kopalniach… – Chciałam by brzmiało to jak najbardziej trywialnie. Odrzucić to jako coś oczywistego… Żeby nie zadawali pytań.

– Powiedź tej koleżance, w tym języku, że zaraz ją uwolnię. – Musiałam zasłonić usta ręką, żeby nie wybuchnąć śmiechem… cóż naprawdę musieli nieźle oberwać od hobbgoblinów, żeby aż tak nie kontaktować.

– Słyszę cię i rozumiem, spokojnie – odpowiedziałam przechodząc na Wspólny.

– O! Mówisz normalnym językiem. – Pół-elf wyglądał na autentycznie zaskoczonego, a ja zaczęłam się zastanawiać, kto wpadł na pomysł, żeby zebrać ich wszystkich w grupę?! Przecież to jak proszenie się o katastrofę.

– Tak! Witałam się z wami… Wołałam was! – warknęłam zirytowana. Jeśli tylko uda nam się wydostać z tej dziury, od razu uciekam. Nie ma opcji, żebym została z nimi dłużej, niż jest to potrzebne do przeżycia.

Kiedy drzwi klatki były już otwarte wyszłam powoli przeciągnęłam się, czując jak powoli przeskakują wszystkie kości w moim ciele.  Klatka mogła być na tyle duża, by poruszać się w niej na boki, ale wysokością na pozwalała nawet całkowicie się wyprostować.

Pół-elf w tym czasie przeszedł do klatki Annuna. Z lekką obawą patrzyłam jak ogar się zjeża, a w mojej głowie pojawiała się na nową mantra. Zeżre, rozerwę, pożrę.

– Annun, spokój! – warknęłam, a potem błysnęłam oczami, wysyłając nieme ostrzeżenie w kierunku chowańca. Jeśli dałabym się mu kontrolować, to byłby mój koniec. Piekielne ogary byłyby w stanie rozszarpać każdego, kto wydawał się im słaby, nawet jeśli byłby to ich Pan.  Ich lojalność zawsze stała tylko i wyłącznie po Jego stronie.

Słaba. Miałam świadomość, że mnie wyczuł. Wyczuł strach, którym ogarniało mnie to miejsce, ta sytuacja i ci nieznajomi, szczególnie Yuan-ti.

Wsunęłam się między pół-elfa a klatkę i przykucnęłam tak by znaleźć się na linii wzroku Annuna. Oczy, w których płonął piekielny ogień patrzyły na mnie z takim głodem i nienawiścią, że przez chwilę rozważałam pozostawienie go tu… Nawet jeśli nasz pakt miałby rozerwać mnie na strzępy.

– Annun spokój! – powtórzyłam po raz setny, bo co innego mogłabym zrobić. Zawsze robił co chciał i jak chciał. Pomagał tylko wtedy gdy było mu to na rękę, czyli prawie nigdy.

Zbyt zawstydzona tym, że nie potrafię utrzymać pod kontrolą nawet własnego chowańca, nie byłam w stanie spojrzeć na przerażonego blondyna obok mnie. Dłonie mu się trzęsły, gdy majstrował przy zamku, a ja modliłam się jedynie, by Annun nie rozerwał mu gardła.

W chwili, gdy tylko zamek szczęknął, ogar uderzył w drzwiczki i wyrwał się do przodu, taranując pół-ela i znikając za drzwiami. Sądząc po odgłosach, które doszły do nas chwilę później, już dorwał któreś ze zwłok. Kątem oka obserwowałam jak barbarzyńca podnosi się na nogi, cały czas opierając się na ścianie. Cały drżał, jakby nawet tak prosta czynność wymagała od niego niesamowitych pokładów energii. Obserwowałam go uważnie, kiedy powoli, niemal w ślimaczym tempie kierował się w stronę drewnianych drzwi po przeciwnej stronie korytarza.

Palladyn podążył tuż za nim w ramionach trzymając bezwładne, martwe ciało dziewczyny. Sądząc po ubraniu, musiała być bardką. Pierś i brzuch znaczyły trzy, głębokie rany, a materiał wokół zalany był krwią. Czerwona stróżka z kącika ust ginęła w, przerzuconym na ramię rudym warkoczu. Trzymał ją przy sobie, drżącymi ramionami, nieświadomie pochylając głowę w stronę jej twarzy.

– Powinieneś odpocząć – zwrócił się w kierunku, słaniającego się na nogach barbarzyńcy, który akurat przyglądał się szafce tylko po to by po chwili bez słowa opaść na duże, sklecone naprędce łóżko. Naprawdę musiał ledwo trzymać się na nogach, skoro tak szybko zasnął. 

Ostrożnie przecisnęłam się obok stojącego w drzwiach Palladyna, a potem odwróciłam na pięcie i spojrzałam na swojego chowańca,

– Annun, czekasz przed drzwiami! – nakazałam. Znając moje szczęście, bez wyraźnego polecenia, ogra szybko znudziłby się przesiadywaniem na korytarzu, i postanowił wpakować nas w kłopoty choćby dla samej swojej rozrywki. Jakby w odpowiedzi na moje myśli pół-elf z wyraźnym barkiem instynktu samozachowawczego wyciągnął rękę w stronę warczącego stworzenia.

Czy oni wszyscy mieli jakieś cholerne parcie na śmierć albo trwałe okaleczenie?!

– Lepiej go nie dotykaj – ostrzegłam, kiedy tylko w mojej głowie pojawiła się jasna wiadomość co do zamiarów Annuna… jeszcze chwila i idiota przede mną skończyłby bez ręki.

Kiedy Palladyn zatarasował drzwi własnymi plecami, ułożyłam się w najdalszym kącie tak, by cały czas mieć na oku całą trójkę, zwłaszcza palladyna i barbarzyńcę, którzy podświadomie stanowili największe niebezpieczeństwo. Jeśli wyjdziemy stąd żywi, znikam jak tylko nadarzy się sposobność. Trzymanie się z tą grupą, to proszenie się o śmierć.

Narzędzia MG

 Klasycznie do prowadzenia sesji RPG nie potrzeba wiele: trochę kartek papieru, ołówki, gumki i zestaw kości. Dla bardziej wymagających specjalna mata do rysowania map i figurki, ale szczerze powiedziawszy sama nigdy nie korzystałam z tak "burżujskij" opcji. Całkiem przydatny jest duży stół, coś z czego można puścić nastrojową muzykę i oczywiście czas.


Jednak teraz, gdy pandemia szaleje bardzo popularne stało się granie przez internet. I właśnie na narzędziach do prowadzenia online zamierzam się skupić, a dokładniej na 3 z dość licznych VTT (Virtual Table Top). Poza tym opiszę mój ulubiony program do tworzenia map taktycznych, które można wykorzystać w VTT. 


Na ringu stają Roll20, GM Forge i Foundry VTT. A walka będzie ostra bo już na początek możemy skreślić GM Forge, szczerze powiedziawszy nie brałabym tego programu nawet jakby go dorzucali w gratisie do chipsów. Twórcy GM Forge mieli ambicje, ale niestety tylko na ambicjach się skończyło, bo program wisi na Steam zapomniany przez swoich twórców i nie ma co oczekiwać na jego aktualizacje i łatki licznych uniemożliwiających korzystanie z niego bugów.


Roll20 jest jednym z najpopularniejszych wyborów i nie ma co się temu dziwić. R20 to potężne narzędzie do którego dostęp umożliwi nam przeglądarka, korzystać z niego można za darmo - chociaż wersja darmowa jest mocno ograniczona. Umożliwia zakup podręczników i innych pomocy (assety/tokeny itp) do prowadzenia gier, a do tego posiada poza wersja darmową dwa pakiety subskrypcji umożliwiających korzystanie z niedostępnych w wersji darmowej narzędzi. Dynamiczne światło, czy udostępnianie kompediów to tylko drobna część tych możliwości. Niestety subskrypcje swoje kosztują i jest to spory minus R20. Bez wykupienia któregoś z pakietów premium jesteśmy ograniczeni nie tylko w narzędziach, ale i dostępnym miejscu.


Foundry VTT jest aktualnie moim faworytem. Program to jednorazowy zakup (owszem nie tani), a w jego cenie dostajemy na dzień dobry wszystkie narzędzia jakie nam daje nawet najdroższy pakiet premium R20. A żywa społeczność programu tworzy liczne wtyczki rozszerzające jego możliwości o naprawdę fantastyczne narzędzia umożliwiające stworzyć naprawdę wyjątkowe przygody. Ba pewnych efektów nie da sie po prostu uzyskać w R20, a to plus fakt że płacimy za niego raz (ewentualnie możemy dokupić wtyczki premium) sprawia że R20 zostaje daleko w tyle za nim. 


A do tworzenia map dla VTT polecam program Dungeon Painter, ta dostępna na Steam aplikacja wspierana jest przez warsztat Steam z którego można za darmo pobrać niezliczoną ilość darmowych assetów, które spokojnie można wykorzystać. Sam program jest banalny w obsłudze, po pobraniu assetów i włączeniu ich w bibliotece wystarczy odnaleźć interesujące nas obrazy i upuścić je na obszar roboczy. Program wspiera najpopularniejsze VTT, więc bez problemu można eksportować mapy do R20, Fantasty BattleGrounds, czy Foundry. Żaden MG nie będzie żałować zakupu tego programiku. 

środa, 16 czerwca 2021

Gdy ginie postać gracza

 MG jako narrator powinien starać się z wszystkich sił utrzymać postacie graczy przy życiu. Niestety gracze mają dziwny zwyczaj wpadania na najbardziej absurdalne pomysły i wprowadzania je w życie. Jak chociażby "zajebistym pomysłem będzie odłączyć się od drużyny i pozwiedzać loch na własną rękę", albo "to ja włożę rękę w ten otwór w ścianie". 


Naginanie zasad mechaniki to coś normalnego i MG robi to bardzo często, zazwyczaj gdy wymaga to dobro postaci graczy, albo fabuła. Bywają też nietypowe sytuacje gdy gracz prowadzący w naszej przygodzie orka Mola stwierdził, że RPG to nie jest rozrywka dla niego. Zostałam wtedy zmuszona nagiąć mechanikę by go zabić, ale dzięki temu w fabule pojawiło się sporo bardzo emocjonalnych scen co też pomogło powoli przełamywać się graczom w odgrywaniu ich postaci.


Zupełnie inna sprawa jest gdy ginie postać gracza który jest mocno zaangażowany w grę. Gdy poświęca się swojej postaci wiele godzin i dopieszcza jej szczegóły bywa dość ciężko pogodzić się z faktem, że ten bohater umarł. I jak podkreślałam MG stara się utrzymać przy życiu wszystkie postacie graczy na wszystkie możliwe sposoby, ale czasem po prostu się nie da. Czasem pomysły graczy zwyczajnie to uniemożliwiają, a już zwłaszcza w walce gdy rzuty na obrażenia są jawne i ciężko nagiąć zasady. 


Wtedy właśnie dobrze jest zrobić z tej śmierci bardzo emocjonalną scenę. Rozbudować ją i pozwolić graczom upamiętnić jednego z kompanów swoich bohaterów. Oczywiście najlepiej to wychodzi kiedy gracze już nie wstydzą się odgrywać postaci, ale jak mają z tym problem można w łatwy sposób zrobić to poprzez postać niezależną (w wypadku śmierci Mola to karczmarka Eli wzniosła toast za jego pamięć i wygłosiła krótką mowę). Zupełnie inaczej ma się sprawa z śmiercią Mary, gdzie gracze już otwarci na odgrywanie swoich postaci, sami stworzyli wspaniałą emocjonalną scenę i to jest coś co fajnie może wypełnić pustkę po stracie postaci.


Chociaż bywają (na szczęście nie za często) gracze którzy nie potrafią się pogodzić z utratą swojego bohatera. Wtedy niestety żadna sztuczka w prowadzeniu fabuły nie pomoże i robi się dość ciężka atmosfera. Nie jest to zbyt częste ale zdarza się, osobiście miałam tak raz w całej swojej karierze jako MG i jedynym sposobem uspokojenia graczki której postać zginęła był... jej partner. Niestety żadne inne metody nie poskutkowały. Więc życzę wam i sobie zresztą też, jak najmniej takich przykrych sytuacji a jak najwięcej tych epickich lub śmiesznych które wspomina się po sesji przez długi czas. 

wtorek, 15 czerwca 2021

Dziennik Randala – część II

Wilgoć, charakterystyczny zapach truchła i rozlanej krwi wymieszany z odorem stęchlizny nadal wypełniają komnatę, w której odpoczywamy. Żadne z nas nie odezwało się ni słowem, od kiedy cała piątka osunęła się pod ścianami. Bo i jakże się tu odezwać po tym, co zasadniczo wszyscy przeżyliśmy ledwie kilka chwil temu?

Wrócić należy jednak do początku… a raczej do momentu, w którym upiór strzegący grobowca unicestwiony został wspólnymi siłami nas wszystkich. Po krótkim nabraniu sił, ponownie rozejrzeliśmy się po komnacie, wyłapując coś, od czego upiór skutecznie odwiódł naszą uwagę – drzwi. Solidne wrota, które upiorny blask zjawy skutecznie ukrył przed naszymi oczyma, nim stanęliśmy z nią do walki. Rozwierając je, nasz wzrok przyciągnęła znajdująca się w podłodze drewniana, zakuta stalą klapa. Pomimo iż nęciła nas tajemnica przez ową skrywana, zdecydowaliśmy, że sprawdzenie pozostałych odnóg korytarza na obecnym poziomie katakumb będzie lepszym pomysłem niż pchanie się na kolejną trupę adwersarzy – bez znaczenia czy byłyby to kolejne żywe szkielety, zjawy bądź coś o stokroć groźniejszego.

Ponownie nasz żółtooki towarzysz zostawił nas nazad; nim dołączyliśmy do jego boku i dobyliśmy broni, sam zdążył rozgromić zastęp szkieletów czyhający w niewielkim alkierzu nieopodal komnaty, z której wyszliśmy. Po paru szybkich ciosach jedynie ciała złożonych na wieczny odpoczynek zawinięte w białe, nieco już przykurzone całuny pozostały w tychże ścianach.



Xsarvo ponownie nie miał najmniejszych skrupułów, by wepchnąć ręce między materiał przy każdym ciele celem wyłowienia paru srebrników. Zagryzłem nieco zęby, widząc co ten czyni i widząc kątem oka skrzywioną minę naszej bardki. Na wszystkich bogów, czy ten barbarzyńca za nic miał wszelkie tradycje i świętości, że dopuszczał się tak haniebnego czynu?


- Czy Ty naprawdę musisz to robić? – Mara w końcu przemogła się i spróbowała przemówić Xsarvo do rozsądku. Nie dodawałem nic od siebie; wydało mi się, iż sam mój wyraz twarzy ukazywał całe multum emocji, które targały mą duszą.

- Im i tak na nic się nie przydadzą – dobiegł w odpowiedzi pomruk żółtookiego schylonego nad kolejnym ciałem. Spojrzałem na sprawiające wrażenie obojętnych miny Ragnara i Mole’a, po czym pokręciłem głową. Wyglądało na to, że póki co nic nie docierało do tego zakutego łba…

Po szybkim przeczesaniu kolejnej części podziemi stanęliśmy na początku ostatniej niesprawdzonej odnogi. Korytarz był nie szerszy niż dziesięć stóp, acz im głębiej, tym bardziej rozszerzał się w swoistą komorę, by nagle skręcić w lewo, zionąc jednocześnie mrokiem czającej się za rogiem ciemności.

Nie ona jednak przykuła naszą uwagę, a krew. A literalnie ujmując, cała kałuża zaschniętej krwi ciągnącej się przez całą długość podłogi. Podeszliśmy bliżej, a nasza rudowłosa towarzyszka wzniosła nieco swój rapier, pozwalając bijącej z niego iluminacji paść na dalszą część korytarza. To, co tam ujrzeliśmy, musiało zmrozić nawet żółtookiego.

Ciało. Czy też raczej połowa ciała.

Połowa ciała należąca do młodego chłopaka, na oko nawet młodszego od stojącej u mego boku bardki, na którego twarzy malowały się nieopisany ból i groza. Co gorsza, nieszczęśnik wyglądał tak, jakby próbował salwować się ucieczką przed czymś, niestety polegając sromotnie wskutek odgryzienia mu przez owego nieznanego mam adwersarza całej dolnej części. Za nim malowała się kolejna kałuża krwi, jeszcze większa od tej na początku holu. Wyglądało na to, iż musiał leżeć tu dobrą chwilę, nim dokonał swego żywota w (prawdopodobnie) sromotnych męczarniach.

- Biedactwo – usłyszałem delikatny głos. Wszystko wskazywało na to, że tenże groteskowy widok musiał odcisnąć pewne piętno na Marze. Przeniosłem wzrok na drzwi, kryjące się przed ziejącym ciemnością rogiem.

- Chyba powinniśmy tam wejść i sprawdzić, co kryje się wewnątrz. – skinąłem głową na wrota.

- Proponuję, abyśmy najpierw cofnęli się i sprawdzili resztę. Cokolwiek jest za tymi drzwiami, to nie chcemy by w najgorszym momencie jakieś żywe trupy weszły nam na plecy. – stanowczy głos Mary nie zostawiał wątpliwości, że proponowany przez nią wariant winien być poczyniony.

- Ja zostanę i popilnuję drzwi. Tak na wszelki wypadek. – Xsarvo stanął pod wrotami i założył ręce na siebie, jego wyraz twarzy mówiący wyraźnie, iż niełatwo będzie go stąd ruszyć. Lekki uśmiech był jednoznaczny – prawdopodobnie wiedział już, co czai się po drugiej stronie.

Tedy więc nasza czwórka wróciła się do głównego korytarza i skierowała się do krańca komory. Z prawej strony, w niewielkiej alkowie, leżały kolejne owinięte całunami ciała. Moje sumienie odetchnęło z ulgą – brak Xsarvo z nami oznaczał, iż chociaż ci nieszczęśnicy będą oszczędzeni od barbarzyńskiego przeszukania.

Przed nami rozpostarły się ponownie solidne, drewniane drzwi. Otaksowałem je wzrokiem od góry do dołu.

- Zróbcie mi miejsce. Spróbuję je wyłamać. – cofnąłem się kilkanaście stóp w tył, wziąłem rozbieg i z pełną mocą wjechałem z kopniaka w drzwi, licząc że te z trzaskiem wyłamią się z zawiasów lub przynajmniej z trzymającego je zamka bądź skobla.

O bogowie, jakże się przeliczyłem.

Wrota oparły się mocy mojego uderzenia, całkowicie absorbując jego impet, który to niczym skierowany w odwrotnym kierunku sprawił, że odbiłem się od nich, lądując na kamiennym podłożu i powodując przetoczenie się głuchego łoskotu przez znaczną część komory.

Mole i Ragnar nie kryli uśmiechu, Mara zaś z trudem tłumiła chichot. Kręcąc głową, bardka podeszła do drzwi.

- Może spróbujmy w tradycyjny sposób, dobrze? – z tymi słowy dziewczyna nacisnęła klamkę. Drzwi, niczym za użyciem magicznego zaklęcia, ustąpiły i otworzyły się z głośnym skrzypieniem. Rudowłosa odwróciła głowę przez ramię i posłała nam lekki uśmiech. Przysiąc mogłem jednak, iż w jej oczach przez krótką chwilę błysnęło uczucie triumfu.

Światło rapiera Mary iluminowało niewielkie pomieszczenie, w którym ledwie mieściła się jedna, jedyna trumna.

- Hej, sprawdźmy co jest w środku. – nim zdążyłem zaprotestować, Ragnar już przecisnął się do trumny i zabierał się za uchylanie wieka przy ochoczej asyście Mole’a. Gdy owo spadło z głuchym odgłosem na podłoże, ujawnił się nam szkielet odziany w skórzaną zbroję. Obaj nasi towarzysze zdecydowali, że zabranie jej celem wykorzystania będzie prawym pomysłem.

Zmieliłem w ustach ciche przekleństwo jednocześnie widząc kątem oka, jak dłonie Mary niezauważalnie zaciskają się w pięści – nie wystarczało, że barbarzyńca plądrował groby gwoli własnego widzimisię, to jeszcze ci dwaj mieli czelność iść w jego ślady?!

Pół-elf i pół-ork zaczęli między sobą dokazywać i wzajemnie przekrzykiwać się, który z nich winien był przywdziać „znalezisko”. Ich coraz głośniejsze „Ty! – a właśnie że Ty!” zwabiły ku nam nawet Xsarvo, który żywo zainteresował się zarówno wywołanym przez wspomnianą dwójkę rwetesem jak i „łupem”, jeśli błysk jego żółtych oczu, gdy wziął zbroję w ręce, był jakimkolwiek wyznacznikiem.

W tym momencie nasza rudowłosa towarzyszka ruszyła z miejsca, najwidoczniej mając dość całego zamieszania. Gwałtownym ruchem wyrwała zbroję z rąk barbarzyńcy i cisnęła nią prosto w Ragnara, który z głośnym plaśnięciem przyjął trafienie nią w twarz.

- Masz i zamknijcie się wreszcie! Mam Was serdecznie dosyć! – warknęła, odwracając się na pięcie i kierując nas ponownie do miejsca, w którym leżały rozpołowione zwłoki młodzika. Przechodząc obok, dziewczyna starała się nie odwracać głowy. Nie dziwiło mnie to zanadto – tak młody człowiek musiał mieć rodzinę. Kto wie, czy nadal czekali na jego powrót? Czy mieli świadomość, że go nie zobaczą?

Gdy stanęliśmy przed wrotami, Xsarvo postanowił jako pierwszy je przekroczyć, co też uczynił żwawym krokiem. Ragnar i Mole wkroczyli tuż za nim – ich wzrok pozwalał im dojrzeć, co czyhało w środku, ja byłem zdany na światło bijące z rapiera Mary; nie sięgało ono aż tak daleko, by nasza dwójka mogła dojrzeć wnętrze komnaty.

Na wieści nie było dane czekać nam zbyt długo.

- PAJĄĄĄĄĄĄĄĄĄK! Wielki, obrzydliwy, jadowity PAJĄK! – spanikowany wrzask Ragnara dobitnie uświadomił nam dwie rzeczy: nasz pół-elfi przyjaciel wyraźnie cierpiał na arachnofobię, a ów siedzący w środku komnaty pająk musiał być tajemniczym adwersarzem, który uśmiercił młodzika z korytarza.

Wraz z Marą wpadliśmy do komnaty, gotowi rzucić się w wir potyczki, jednak nie było dane nam zagłębić się zbyt daleko.

Oto bowiem zalaną krwią podłogę wokół całej czwórki pokryła cała masa pnączy i kwiatów, a w ciemnościach, gdzieś na wysokości oczu Xsarvo, rozbłysły dwie zielone plamy. Chwilę później mrożący krew w żyłach skowyt przepełnił komnatę, mieszając się z rozbrzmiewającymi raz po raz odgłosami rąbania cielska przez świszczący w powietrzu miecz.

Zacząłem brnąć do przodu, chcąc mimo wszystko dołączyć do boku Xsarvo i pomóc mu w rozniesieniu bestii na strzępy, acz pnącza pokrywające podłoże nie pozwalały mi skutecznie skrócić dystansu, jako że zaczęły się one owijać wokół naszych kostek. Szczęściem w nieszczęściu nie robiły nam one absolutnie żadnej krzywdy – po prostu były strasznie denerwujące przez utrudnianie nam wykonania choćby kroku.

- Xsarvo! – wycedziłem przez zęby – Czy musiałeś zablokować także i nas?! Po co w ogóle to zrobiłeś?!

Barbarzyńca nie odciął się ni słowem. Za to częstotliwość świstu jego ostrza i mlaśnięć od uderzeń w cielsko wzmogła się.

Niechętnie to stwierdzam, ale pnącza okazały się na tyle uciążliwe, że nie mogliśmy się pokwapić do walki do prawie jej samego końca… o ile można by to w ogóle walką mienić. Xsarvo bowiem nie zostawił pająkowi żadnego pola manewru, wyprowadzając potężne ciosy jeden za drugim i nie bacząc na zawodzenie szkodnika. Dzięki bogom, udało mi się utorować sobie na tyle drogi, by w końcu dołączyć do barbarzyńcy i samemu wyprowadzić garść celnych zamachów mieczem, potęgując tylko cierpienia pająka kwiczącego teraz niczym zarzynane prosię. W pewnym momencie z tyłu dobiegło mnie przekomarzanie się Mole’a i Ragnara, którzy próbowali dociec, czy pająk jest rzeczywiście pająkiem, czy też może przerośniętą pluskwą, sądząc po braku charakterystycznego owłosienia. Najwyraźniej mieli oni dość walki z florą wokół nich i próbowali zabić czas poprawiając humor sobie i rudowłosej. Uśmiechnąłem się pod nosem – my tu tłuczemy adwersarza na mielonkę, a oni sobie sztuki czynią niczym dwaj filuci…

W końcu równoczesne uderzenie obu naszych mieczy przyniosło pożądany rezultat – z ostatnim kwikiem truchło szkodnika osunęło się na ziemię, efektownie rozkraczając się na środku pomieszczenia i zalewając podłoże zielonkawą krwią, gęstą niczym bliżej nieopisana maź. Strzepnąłem miecz i schowałem go z powrotem do pochwy na plecach, widząc wyraźną ulgę na twarzach pozostałych naszych towarzyszy.

Świst i mlaśnięcia nie przestały jednak dobiegać mych uszu. Odwróciłem głowę – Xsarvo wciąż z pełną mocą próbował posiekać truchło na plasterki.

- Xsarvo, daj już spokój! To koniec, on nie żyje! – krzyknąłem, starając się zwrócić jakoś uwagę barbarzyńcy, a echo poniosło me słowa po całej komorze. Ten jednak zdawał się zignorować poczynioną uwagę.

W tym momencie Mara podeszła do niego i wyciągnęła rękę, najwyraźniej chcąc zatrzymać żółtookiego. Bogowie, jakże brzemienna w skutkach mogła być ta lekkomyślna decyzja… Gdy teraz o tym myślę, niewiele brakowało, by cała sytuacja skończyła się tragicznie…

Gdy tylko dłoń dziewczyny dotknęła ramienia Xsarvo, ten gwałtownie odwrócił się w jej stronę, jego oczy świecące jadowitą zielenią tak ostrą, iż trzeba było mrużyć oczy. Nim zdołałem dobyć broni, ba – nim ktokolwiek zdołał zareagować w jakikolwiek sposób, barbarzyńca uniósł miecz i zamachnął się nim z całej siły, kierując ostrze ku rudym włosom.

Myśląc o tym po fakcie, mam wrażenie, że w tamtym momencie czas niemiłosiernie zwolnił, jednocześnie zmrażając nas wszystkich i nie pozwalając wykonać żadnej czynności. W uszach słyszałem dzwonienie własnego serca, a przerażony wzrok Mary dobitnie uświadamiał, że ta nie zdąży ani się obronić, ani zrobić uniku.

Potężny świst przeciął powietrze, a ostrze zatrzymało się dosłownie o cal od głowy dziewczyny.

Widziałem, jak Mara wlepia wzrok w Xsarvo, a jemu ułamki chwil od zatrzymania ostrza wracają zdrowe zmysły i naturalny, żółty kolor oczu. Jego źrenice natychmiast rozszerzyły się do rozmiaru srebrników, groza w nich czysta i wyraźna. Widać było, że doskonale rozumiał, iż panowanie odzyskał dosłownie w ostatniej chwili…

- Xsarvo… - cichy głos Mary nie zdawał się mieć najmniejszego efektu na owego. Barbarzyńca stał i szeroko rozwartymi oczyma patrzył się na dziewczynę, acz wyglądał tak, jakby myślami był gdzieś daleko.

- Xsarvo? – rudowłosa powtórzyła nieco głośniej, głosem drżącym niczym źdźbło trawy na wietrze.

- Wszystko w porządku, Xsarvo? – o bogowie, jak ja mogłem palnąć coś tak głupiego? O mały włos nie zdekapitował najmłodszej członkini naszej drużyny! Jak cokolwiek mogło być w porządku?

Po obojgu widać było, że mój głos wytrącił ich jednakże ze swoistego letargu.

- Nie Randal, nic nie jest w porządku… - ton żółtookiego kompletnie zbił mnie z tropu. Xsarvo wydawał się autentycznie… załamany? W tym momencie komnatę przepełnił brzęk ciężkiego miecza uderzającego o kamienną podłogę, a sam jego właściciel osunął się pod ścianę, ukrywając twarz w dłoniach wspartych o kolana. Odwróciłem wzrok, widząc palące spojrzenie dziewczyny. Nic nie powiedziałem – bo i co można było powiedzieć w tak trwożnej i niezręcznej chwili?

Bardka podeszła do Xsarvo i cicho usiadła obok niego. Ten nawet nie drgnął.

- Hej… wiesz… nic się nie stało. – głos, mimo że spokojny, nadal drżał. Nie dziwiło mnie to. „Nic się nie stało”? Dziewczyna prawie życie straciła, cud jedynie sprawił, że nadal była wśród nas. To nie było żadne „nic”.

 - Zawahałeś się. Nic mi nie jest. – ciało rudowłosej zaczynały obejmować dreszcze. Najwyraźniej starała się czymś zająć, byle tylko nie myśleć o tym, co przed chwilą zaszło.

- Pierwszy raz…

- Hę?

- …zatrzymałem się pierwszy raz.

Implikacja tego stwierdzenia wyraźnie uderzyła dziewczynę, jeśli wierzyć jej rozszerzonym oczom. Nie wydała ani dźwięku, po prostu oparła głowę na ramieniu barbarzyńcy, który również wyraźnie zaczął się trząść.

Rozejrzałem się po wszystkich. Bezgłośnie wszyscy aprobowali dłuższy postój. Co prawda truchło półprzerobionego na mielonkę pająka nie stanowiło pierwszorzędnego akompaniamentu, ale w świetle ostatnich chwil niewiele nas to obchodziło.

Wszyscy opadli na ziemię, a ja ponownie wbiłem w szczelinę między kamieniami miecz i wsparłem na nim rękę – dziwnym trafem taka forma „polowego odpoczynku” była dla mnie najwygodniejsza. Do uszu dobiegła mnie cicha melodia – Mara, chyba z przyzwyczajenia, wyciągnęła lirę i zaczęła grać.

Widziałem, jak ekspresja na jej twarzy się zmienia. Jakby przeżywała coś, co było wspomnieniami… ale nie jej. Jakby dryfowała przez czyjąś przeszłość…

- To nie była Twoja wina. – powiedziała cicho w końcu. – Wiem, jak to jest stracić bliskich…

- Ile masz lat? – w odpowiedzi padło pytanie.

- Dziewiętnaście. – dziewczyna odburknęła zirytowana. Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewała, jeśli wierzyć jej tonowi.

- Byłaby w Twoim wieku… - w tym momencie oświecenie i zrozumienie trafiło chyba nas wszystkich. Mimo iż głośno niewypowiedziane, brzemię jakie ciążyło na barbarzyńcy zdawało się dotrzeć do całej czwórki.

- Nie winiłaby Cię… - przez myśl przebiegło mi pytanie: czy na pewno? Czy osoba, która padła niewinnie ofiarą tego swoistego zaślepienia naszego towarzysza, miała świadomość, że ten nad sobą nie panuje?

- Nie widziałaś, jak patrzyli na mnie jej rodzice… jak wszyscy w wiosce uważali mnie za potwora…

- Ludzie zawsze szukają kozła ofiarnego, winnych… - dziewczyna urwała w pół słowa. Przymknąłem oczy. Wiedziałem co chce powiedzieć – nawet jeśli to oni byli winowajcami.

Nikt więcej się nie odzywa. Ta chwila wymaga milczenia od wszystkich z nas, choćbyśmy chcieli wylać swe frustracje względem tego, czego właśnie byliśmy świadkami.

sobota, 12 czerwca 2021

V (Mara)

 Kiedy dotarliśmy do Hope, wioska wyglądała na zupełnie opuszczoną. Wymarła ulica, po bokach której stały szare kamienne domy z oknami zabitymi deskami. Jedyna karczma wydawała się cicha i pusta.

– Cicho tutaj – mruknęłam, pochylając się mocniej na grzbiecie Artaxa, by wtulić się policzkiem w jego szyję.

– Nie sądzę, żebyśmy mieli tutaj czego szukać. Powinniśmy iść dalej – zasugerował Ragnar.

Niemal w tej samej chwili z pozornie opustoszałeś karczmy wyszedł mężczyzna. Cóż… wyszedł było stwierdzeniem bardzo na wyrost. Wytoczył się niemal od razu potykając się i upadając twarzą w błoto. Patrzyłam jak Randal bez zastanowienia zeskakuje z konia i podbiega do nieszczęśnika.

– Hej, wszystko w porządku? – zapytał, potrząsając pijakiem.

– Zostaw go Randal i ruszajmy dalej – zirytował się Xsarvo.

Randal bez słowa złapał pijanego mężczyznę i przeciągnął popod poręcz schodów. Nie zdążył nawet się wyprostować, kiedy w drzwiach karczmy stanęła kolejna osoba. Starszy żylasty człowiek z tłustych włosach zaczesanych do tyłu i bujnej brodzie oparł się o ramę drzwi z rękami założonymi na piersi.

– Och, a więc podnieśliście tego pijaka – burknął, nie zaszczycając nieprzytomnego nawet spojrzeniem. – Nowi jesteście, co nie? Co was sprowadza do tej, zapomnianej przez bogów, wiochy?

Przez chwilę patrzyliśmy po sobie niepewnie.

– Podróżujemy na Umarłe Pustkowia, do Kruczej Twierdzy – zagaiłam w końcu. Wioska nie była aż tak daleko, jeśli krążyły jakieś pogłoski, to ktoś musiał coś słyszeć.

– Krucza Twierdza? Pierwsze słyszę… – karczmarz zbył nas machnięciem ręki. Zmarszczyłam brwi, czyżby Twierdza była otoczona jakąś barierą, czy innymi zaklęciami odwracającymi uwagę? A może wreszcie udało nam się napotkać ten unikalny gatunek ludzki, który nie wtykał nosów na nie swoje interesy?

– Od dawna nie było tutaj podróżnych. Nie, odkąd te cholerne hobbgobliny zalęgły się w kopalni. Przepłoszyli ludzi z pracy, ci, który mogli wynieśli się w poszukiwaniu lepszego życia, ci który nie mogli, utknęli w ruinie ledwo wiążąc koniec z końcem.

Chcąc nie chcąc odwróciłam się w stronę nieprzytomnego pijaka opartego o schody. Hobgobliny nie powinny być zbyt dużym problem. Może moglibyśmy…

– A gdybyśmy… zajęli się problemem? – Nawet nie ukrywałam delikatnego uśmiechu. Mogłam się spodziewać, że Randal niemal od razu rzuci się na pomoc tym ludziom. Z ukosa obserwowałam jak Ragnar kiwa głową, a Xsarvo zaciska pięści. Wszyscy byli gotowi iść do tych kopalni.

– Róbcie co chcecie, ale nie liczcie na zapłatę. Ludzie tutaj nie mają co włożyć do garów, a co dopiero opłacać bohaterów.

– Spokojnie, rozwalenie kilku łbów będzie wystarczającą zapłatą.

Przez chwilę w mojej głowie mignął obraz koni, narażonych na spotkanie z hobgoblinami. To nie były konie bojowe, walka niemal na pewno by je spłoszyła.

– Czy możemy jednak zostawić tutaj konie? Lepiej żeby nie kręciły się w pobliżu kopalni – zapytała zmartwiona. Widziałam jak przez chwilę oczy karczmarza błysnęły i popatrzył po nas prawdopodobnie szukając sakiewek.

– Nie za darmo – mruknął w końcu. Poczułam jak narasta we mnie irytacja, ale zacisnęłam usta w wąską linię i raz jeszcze pogładziłam szyję Artaxa.

– Ile? – zapytałam hamując wszelkie oznaki gniewu.

Finalnie pozostawienie koni pod opieką kosztowało nas tylko kilka miedziaków. Niewiele biorąc pod uwagę jak miasto przetrzepało nam kieszenie. Później cała nasza czwórka w ciszy skierowała się ścieżką wskazaną przez karczmarza, prosto do kopalni.

Tuż przy wejściu stał mały drewniany budynek, przypominający odrobinę szopę, jednak po sprawdzeniu kazał się nie zawierać więcej niż kilku worków z ziemią i beczek i śmieci. Już mieliśmy wychodzi, gdy tuż obok Ragnara przemknęła strzała. Najwyraźniej komitet powitalny był już w pełni gotowy. Patrzyłam jak Ragnar chce zajść hobgobliny z zaskoczenia, korzystając z osłony drzewa i sporego głazu tuż przy wejściu. Xsarvo już szarżował do przodu a kilka kroków za nim podążał Randal. Kiedy jedna ze strzał dość dotkliwie raniła palladyna poczułam jak narasta we mnie ściekłość. Odepchnęłam ją na chwilę, zbliżyłam się do bruneta i delikatnie objęłam go ramionami.

– Trzymaj się swojej połowy – szepnęłam tłumiąc śmiech i skupiając się na uleczeniu rany. Nie zareagował, jedynie gapił się jak osłupiały kiedy go po puściłam i ominęłam dbając o to, by moja dłoń delikatnie musnęła jego.

 Przez chwilę walczyłam z pomysłem, który z rodził się w mojej głowie. Gdyby to nie wypaliło mogłabym uszkodzić wsporniki kopalni, a nawet jeśli wszystko poszłoby po mojej myśli spowodowałabym hałas, który na pewno przyciągnie więcej przeciwników.

Widząc jednak, że Ragnarowi ciężko celować zza głazu, a na Xsarvo napiera coraz więcej przeciwników ruszyłam do przodu. Kiedy stanęłam kilka stóp przed najbliższym hobgoblinem i miałam pewność, że w zasięgu znajduje się jak największa ich ilość zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech. Chwilę później fala energii i wyładowań elektrycznych buchnęła z mojego ciała. Wiatr, który się zerwał szarpał moje włosy, a po skórze przebiegały mi ciarki. Powietrze wypełniło się zapachem burzy. Stojący najbliżej mnie hobgoblin przetoczył się dziesięć stóp dalej kończąc jako zwęglona kupka mięsa. Reszta wrzasnęła z bólu podrygując spazmatycznie. Chwilę później głośny grzmot przeszył powietrze.

– Ała… – Odwróciłam się spanikowana w stronę Ragnara, który trzymał dłonie przy uszach. Skrzywiłam się. Zupełnie zapomniałam o jego czułym słuchu.

– Przepraszam! – odkrzyknęłam, a potem ruszyłam do walki pomóc Xsarvo. Pozbyliśmy się reszty komitetu powitalnego i popatrzyliśmy po sobie. Podświadomie szukałam wszelkich urazów, które wymagałyby uleczenia. Wszyscy byli cali i zdrowi.

Kolejnych dwóch przeciwników zastaliśmy niewiele dalej, za wielkimi drzwiami zrobionymi ze związanych ze sobą, drewnianych pali. Ragnar, korzystając z elementu zaskoczenia, przemknął w cieniu niezauważony i zaatakował hobgobliny z dystansu. Xsarvo był tuż za nim i nim walka zdążyła zacząć się na dobre, było już po wszystkim.

Westchnęłam ciężko kręcąc głową i nie spuszczając wzroku z Xsarvo.

– Czy ty naprawę musisz tak pędzić? – zapytałam ze śmiechem. Odwrócił jedynie głowę i wzruszył ramionami. Jak się okazało pomieszczenie musiało być kiedyś swoistym biurem kopalni, a ze znalezionych w biurku papierów, dowiedzieliśmy się, że górników wypłoszono prawdopodobnie około dwa miesiące wcześniej. Świeże worki z ziemią i stan kopalni bynajmniej nie wskazywały by opuszczono ją aż tak dawno temu.

– Czy chcecie mi powiedzieć, że hobgobliny tutaj kopią? – rozejrzałam się zmieszana. Czego hobgobliny mogły szukać w zwykłej, górniczej wiosce?

– Kopią, czy nie kopią, powinniśmy się rozejrzeć i zbadać sytuację – zaproponował Randal. Nim którekolwiek z nas zdążyło coś jeszcze powiedzieć, Xsarvo znikał już w korytarzu, a my, chcąc nie chcąc ruszyliśmy za nim niczym kaczątka za kaczą mamą.

W pewnej chwili korytarz rozgałęział się w dwie odnogi. Randal i Ragnar zaczęli nawet żartować, by rzucić monetą, ale po raz kolejny wszelkie pomysły spełzły na niczym, ponieważ pewien zirytowany barbarzyńca ominął nas i zniknął w ciemnościach prawego korytarza. Jak się później okazało, zaprowadził nas on do dwójki kolejnych hobgoblinów strzegących ogromnego kołowrotu wyglądającego jak część studni, lub maszyny wyciągowej.

Tutaj walka była cięższa z powodu małych rozmiarów komory i ziejącej pod drewnianym rusztowaniem, ciemnej dziury. Jeden nieostrożny krok i któreś z nas mogłoby skończyć na dnie ze skręconym karkiem. 

Kiedy dwa stwory padły martwe przyjrzeliśmy się małemu mechanizmowi. Lina była napięta, a więc na dnie musiało coś być.

– Jak myślicie, co powinniśmy… – nie zdążyłam nawet dokończyć zdania, kiedy Xsarvo bez słowa złapał za linę i zniknął w ciemności.

– Xsarvo! – Opadłam na kolana trzymając się drewnianej konstrukcji i patrząc w ziejącą pustkę.

– Na dole nie ma nikogo, jest bezpiecznie! – padła stłumiona odpowiedź. Biorąc ostrożny wdech i lekko panikując spojrzałam po reszcie towarzyszy. Nie mogłam puścić Randala przodem, potrzebował światła, najbezpieczniej byłoby więc, gdybym zeszła jako druga… Był tylko jeden problem, pomysł schodzenia po linie w ziejącą ciemność przerażał mnie na wskroś. Siadając na krawędzi oburącz chwyciłam linę, po namyśle, powinnam wtedy owinąć się nią dookoła, ale w nerwach zupełnie nie myślałam nad tym co robię. Posyłając ostatni zmieszany uśmiech palladynowi i pół-elfowi zaczęłam ostrożnie zsuwać się na dół. Nie dotarłam nawet do połowy, kiedy moje dłonie, płonąć od otarć z liny i utrzymywania całego ciężaru mojego ciała, w końcu się poddały. W głośnym piskiem runęłam w dół modląc się, by Xasrvo był w na tyle dobrym humorze, by chociaż próbować mnie złapać.

Był. Nie zmieniło to jednak faktu, że był również zbyt wolny i już po chwili opadłam tyłkiem na twardą ziemię. Całe powietrze uleciało mi z płuc i przez chwili praktycznie zapomniałam jak się oddycha. Resztkami przytomności zdałam sobie sprawę, że powinnam się odsunąć i jęcząc cicho przeturlałam się na bok. W samą porę, bo chwilę później w miejscu gdzie przed chwilą kuliłam się z bólu wylądował Randal… w niewiele lepszym stanie. Jako ostatni dołączył do nas Ragnar… Z zadowolonym z siebie uśmiechem i liną owiniętą wokół jednej nogi i materiałem koszuli nasuniętym na ręce by ich nie poranić. Zirytowana przeklęłam własną głupotę i odepchnęłam rękę Randala, który starał się wyleczyć moje ręce i potłuczone kości.

Xsarvo na szczęście nie skomentował całego zajścia.

Korytarz, w którym się znaleźliśmy prowadził po łuku aż do wąskiego, drewnianego mostu wybudowanego nad poziemnym strumieniem. Zupełnie przy ścianie znaleźliśmy dziwne, fioletowe kryształy, które Xsarvo określił jako magiczne. Udało mu się nawet zabrać jeden z nich, „na wszelki wypadek”.

Po przekroczeniu strumienia, kręciliśmy się przez chwilę przeszukując każde pomieszczenie, albo prócz dwóch wielkich posągów przedstawiających ubrane w zbroje szkielety i, co szczególnie zainteresowało Randala, beczek z piwem, nie znaleźliśmy nic wartego uwagi. Ostatnie wejście jakie nam zostało, prowadziło do szerokiego, oświetlonego pochodniami korytarza po bokach, którego widać było kilka masywnych drewnianych drzwi. Za jednymi z nich znaleźliśmy coś, co zupełnie nas zmroziło. Klatki o stalowych, grubych prętach na tyle duże, by zmieścił się w nich człowiek.

– Co tu się wyprawia? – szepnęłam spanikowana przysuwając się bliżej Randala.

– Myślicie, że trzymają tutaj… niewolników? – Ragnar wydawał się mieć podobne odczucia co do znaleziska. Nie chciałam nawet myśleć, że jacyś biedacy mogliby zostać pojmani i przetrzymywani tutaj pod ziemią przez potwory w czymś… takim.

Następne drzwi, dodały nam odrobinę więcej wiary. Po raz kolejny czekało nas starcie, ale też nie były to kolejne „cele” a zbrojownia. Dwójka dobrze wyposażonych hobgoblinów natarła na nas. Ragnar, który po raz kolejny starał się wykorzystać atak z zaskoczenia, nagle stał się bardzo łatwym celem.  Jakież było moje zdziwienie, kiedy, po tym jak jeden z hobgoblinów dość poważnie ranił pół-elfa, Xsarvo przepchnął się do przodu i skoczył na przeciwników.



Było tak samo jak wtedy z pająkiem. Całe pomieszczenie pokryły pnącza i kwiaty, a oczy Xsarvo błyszczały. Wyglądał jednocześnie przerażająco i niesamowicie. Kiedy obaj przeciwnicy leżeli martwi, pamiętna tego co stało się ostatnim razem, nie próbowałam się zbliżać.

– Xsarvo? – zawołałam spokojnie, mając nadzieję, że tym razem obejdzie się bez jakichkolwiek ataków. Na szczęście w tej samej chwili jego oczy przestały świecić, a pnącza zniknęły. Znowu był sobą.

– Wszyscy są cali? – zapytał ostrożnie. Skinęłam głową i posłałam mu delikatny uśmiech.

– Wszyscy się wyliżemy. Ragnar, poczekaj chwilę – zatrzymałam poł-elfa, który próbował wstać spod ściany. Przyklękłam przy nim i położyłam dłonie na ranie zadanej przez hobgoblina. Chwilę później patrzyłam jak delikatne światło otacza moje dłonie, a prócz krwi na ubraniu nie pozostał nawet ślad.

Delikatnie zatoczyłam się do tyłu. Zużyłam dość sporo energii na zaklęcia, bez dłuższego odpoczynku nie miałam szans na wykorzystanie czegokolwiek bardziej wymagającego niż rzucenie światła czy prostej iluzji… Ostrożnie podniosłam się na nogi dołączając do Randala, który akurat przeglądał wyłożone na stołach bronie. W tej samej chwili palladyn drgnął i sięgnął z powrotem po moją dłoń przyciągając mnie  do siebie jednym płynnym ruchem. Nim się zorientowałam bez słowa położył dłoń na moim policzku, gdzie wcześniej musnęła mnie jedna ze strzał. Rana zniknęła w jednej chwili.  

Miałam właśnie zaproponować chwilę odpoczynku, kiedy moją uwagę przykuł piękny rapier po przeciwnej stronie pomieszczenia. Ostrożnie wzięłam go w dłonie i sprawdziłam. Był piękny, ostry i wyraźnie lepszej roboty niż mój własny. Uśmiechając się pod nosem szybko wymieniłam obie bronie. Randal wciąż jeszcze przyglądał się pozostałym, podobnie jak Xsarvo, dlatego usiadłam pod ścianą obok Ragnara.

Właśnie miałam proponować zrobienie dłuższej przerwy, żeby zregenerować siły, ale Xsarvo przeciska się koło mnie do drzwi. Nie mam pojęcia gdzie znów go niesie, ale naprawdę przydałaby nam się chwila przerwy. To nie może skończyć się dobrze…

wtorek, 8 czerwca 2021

Mara IV

 

Miasto było takie, jakie je zapamiętałam. Wielkie, głośne i zatłoczone. Konie, jak poleciła Ela, zostawiliśmy „u Billy’ego” właściciela małej obskurnej karczmy  w jednej z rzadziej uczęszczanych dzielnic. Z żalem rozstawałam się z kucykiem, na koniec częstując go jeszcze marchewką w podziękowaniu za podróż.

Xsarvo, który oddzielił się od nas, pozostawiając mi swojego konia, czekał na nas przy wejściu do Gildii. Pozwoliliśmy mu przejąć dowodzenie i zając się całą formalną odprawą. Chłodno poinformował o śmierci Mole’a i przekazał wiadomości o nekromancie.

Jak się okazało, zbadanie tematu wciąż pozostawało na naszej głowie, ponieważ nie było innych dostępnych drużyn. Jedyną wskazówką jaką otrzymaliśmy, było, że cała sprawa w wiosce musiała być w jakiś sposób związana z tajemniczym mieczem, który zabrał Xsarvo. Jedyne co mogliśmy w tej sytuacji zrobić, to skierować się do gildyjnej biblioteki, i mieć nadzieję, że nie utkniemy tam na najbliższe kilka tygodni.

O dziwo względnie szybko, Ragnarowi udało się znaleźć odpowiednią książkę, a nawet fragment, gdzie opisywano miecz. Po szybkim sprawdzeniu, czy faktycznie mamy do czynienia z tym samym ostrzem udało nam się dowiedzieć, że zostało ono wykonane w Kruczej Twierdzy.  Należał również do bohatera strony zła, który ostatecznie poległ w wielkiej bitwie dobra ze złem. Jak później wywnioskowaliśmy w tej samej bitwie musiał także walczyć pallady, który był bohaterem wioski.   Jakimś cudem gdy polegli ich ciała zostały zamienione, a złowrogi wojownik został pochowany w miejscu, gdzie domniemanie spoczął palladyn.

– Albo Nekromanta przybył po miecz, albo planował zrobić coś z ciałem – mruknęłam pod nosem. – Xsarvo, pamiętam, że kiedy wyczułeś magię w grobowcu, wyczuwałeś ją z wnętrza sarkofagu… z miecza…

– Ten upiór, który pojawił się po otwarciu… to musiało być zabezpieczenie, pułapka na rabusia... – podsumował Ragnar.

– A więc ustalone… Następny przystanek, Krucza Twierdza.

– To zadanie to już nie zwykłe „chodzące trupy w małej wiosce” – zaprotestował Xsarvo. – Powinniśmy wykorzystać fakt przystanku we Wrotach i zaopatrzyć się w lepszy sprzęt.

Wszyscy przytaknęliśmy mu zgodnie. Nawet jeśli miasto nie było moim ulubionym miejscem musiałam się zgodzić, że bez odpowiedniego zaopatrzenia nie damy sobie rady. Nekromanci byli zupełnie inną ligą, czego doświadczyliśmy na własnej skórze tracąc Mole’a.

Zmęczeni podróżą, nie mając ochoty na chodzenie po mieście w poszukiwaniu noclegu skierowaliśmy się do pobliskiej karczmy „Elfi Śpiew”. Przewróciłam oczami kiedy przechodziliśmy pod szyldem. Oczywiście, moje szczęście jak zawsze dało o sobie znać. Bądź w mieście i nie miej nawet szansy zarobienia kilku miedziaków…

Xsarvo i Ragnar szybko załatwili sobie miejsce do spania w głównej sali, tuż przy kominku. Przez chwilę rozważałam swoją sytuację i starając się przypomnieć sobie zawartość mojej sakiewki, pewna, że Randal po prostu pójdzie przede mną kupić pokój.

– A dla państwa? Pokój małżeński ma się rozumieć? – Stanęłam jak sparaliżowana, niezdolna do wyduszenia z siebie choć słowa. Dobrą chwilę zajęło mi zorientowanie się iż, w rzeczy samej, karczmarz miał na myśli właśnie mnie i Randala, a nie jakąś przypadkową parę, która zirytowała się czekaniem w kolejce. Kiedy cała insynuacja do mnie dotarła, poczułam jak policzki zalewa mi gorący rumieniec. Spodziewając się gorącego protestu palladyna odwróciłam głowę. Jak mogłam spojrzeć teraz Randalowi w twarz? 

Kiedy nie dotarł do mnie żaden krzyk podniosłam głowę i zobaczyłam, że karczmarz trzyma już wyciągnięty w naszą stronę kluczyk. Bogowie, wszyscy się na nas gapili… Przełykając narastającą w gardle gulę ruszyłam do przodu.

– Nie płacę za ciebie – wydusiłam, choć w tamte chwili brzmiało to bardziej jak warkot. Kolejne zaskoczenie przyszło w postaci pewnego siebie uśmiechu Randala, kiedy wyprzedził mnie i wyłożył monety na blat.

– Oczywiście, że nie. Za kogo mnie masz?

Milczałam. Co innego mogłam zrobić w tej sytuacji?  Bogowie to było tak żenujące…

Ale jak się później okazało, Randal jeszcze nie skończył upokarzania mnie na ten wieczór, co więcej z radością do jego wygłupów dołączył się Ragnar. Obaj zgodnie stwierdzili, że dobrym pomysłem byłoby wpakować mnie na scenę. NA SCENĘ?! W elfickiej karczmie w mieście, gdzie niemal wszystkie karczmy z wysokim standardem miały zakontraktowane grupy. Przez chwilę myślałam, że albo zabije ich tam gdzie stoją, albo sama spłonę żywcem ze wstydu. Rozbieganym wzrokiem przeczesywałam główną salę w poszukiwaniu Xsarvo, który mógłby zatrzymać tą dwójkę, ale ten już ułożył się przy kominku i spał, zostawiając mnie samą na pastwę tych szaleńców. Z przerażeniem patrzyłam, jak dyskutują z karczmarzem, który ewidentnie chciał ich, w jak najdelikatniejszy sposób wyprowadzić z błędu. Kiedy jednak zaczęli kierować się w stronę sceny zrozumiałam, że nie mogę dłużej na to patrzeć. Odwróciłam się na pięcie i przepchnęłam między kilkoma gromadzącymi się gapiami.

Wpadłam do pokoju, który miałam dzielić z Randalem i zatrzasnęłam za sobą drzwi osuwając się po drewnie. Serce łomotało mi w piersi. Prawdopodobnie, nawet jeśli udało by się załatwić cokolwiek z elfami, po wyjściu na scenę i pojrzeniu na tych wszystkich ludzi, wpadłabym w panikę.

Nie mam pojęcia ile tak siedziałam, z rozważania tych wszystkich czarnych scenariuszy wyrwał mnie dopiero odgłos pukania do drzwi. Szybko zerwałam się na nogi, otrzepując nerwowo nogawice i wygładzając koszulę.

– Proszę – zawołałam wciąż lekko spanikowana. Po chwili w drzwiach stanęła młoda dziewczyna, na oko jeszcze młodsza ode mnie, z ciemnymi włosami splecionymi w dwa kucyki, okrągłą, jeszcze dziecięcą twarzą i dużymi, piwnymi oczami. W jednej ręce niosła misę, a w drugiej wiadro z wodą, przez ramię przerzuciła dwa kawałki lnianego materiału.

– Woda, dla panienki – powiedziała już kierując się w stronę małego stolika nad którym zawieszono lustro. Skinęłam jej głową w podziękowaniu.

– Potrzebuje panienka pomocy? Ze strojem. – Pokręciłam głową, ale dziewczyna wciąż nie wychodziła, przez chwilę krzątała się po pokoju to poprawiając coś, to sprawdzając. Cały czas obserwowałam ją, w tym samym czasie powoli rozplątując włosy.

– To musi być naprawdę ekscytujące – pisnęła w końcu dziewczyna wciąż stojąc do mnie tyłem i akurat poprawiając kilka świeżych kwiatów w wazonie. – Podróżować z tak ciekawą grupą… Widziałam kiedy wchodziliście. Często przewijają się tutaj bohaterowie z Gildii, ale mało kto jest skory do rozmowy ze służbą… Wolą gwar głównej sali i poklask gości. A potem karczmarz powiedział, że panienka i panicz palladyn jesteście małżeństwem… Och to musi być tak romantyczne! Walczyć u swojego boku, chronić się wzajemnie, ryzykować za siebie życie…

– Patrzeć jak osoba, którą kochasz umiera… – mruknęłam pod nosem i dopiero po chwili zorientowałam się, że dziewczyna zamarła odwrócona w moją stronę. W jej brązowych oczach widać było autentyczny strach. Czy to dziecko naprawdę nie pomyślało o takiej możliwości?

– J… Ja… przepraszam, powinnam już pójść… tak, nie chciałabym się narzucać… pójdę już. – Westchnęłam kiedy za biedną dziewczyną zamknęły się drzwi. To nie tak, że chciałam być nie miła. Po prostu… wszystkiego było zbyt wiele jak na te kilka ostatnich dni.

Zrezygnowana podeszłam do misy z ciepłą wodą, zanurzając w niej jeden z lnianych ręczników i wycierając się nim, dobrze było zmyć z siebie krew, port i kurz drogi.

Po umyciu szybko przebrałam się z prostą lnianą koszulę do spania, z radością porzucając strój podróżny. Chwilę później pukanie do drwi rozległo się po raz kolejny. Przez chwilę zupełnie zapomniałam, że pokój, w którym się znajdowałam nie był wyłącznie mój. Uświadomił mi to dopiero widok Randala w progu, kiedy tylko z moich ust wydostało się ciche:

– Wejść.

Bogowie, dlaczego tam na dole nie mogłam wydusić z siebie ani słowa? Trzeba było zostać w głównej sali i zająć miejsce przy kominku. Może Ragnar lub Xsarxo dali by się namówić, na odstąpienie mi miejsca…

Ale wtedy nie czułabyś się tak bezpiecznie – gorąco na twarzy powróciło ze zdwojoną siłą, kiedy tylko ta myśl pojawiła się w mojej głowie.

– No niestety, z elfami nie udało się doga…

W chwili, kiedy odwrócił się w moją stronę po zamknięciu drzwi, miecz, który ściągał, wydał mu z rąk i z brzękiem opadł na podłogę. Hałas był tak duży, że musiano go słyszeć nawet na dole. Przez chwilę gapiłam się to na niego, to na miecz, by później bardzo inteligentnie stwierdzić:

– Coś ci… spadło.

Randal również przez chwilę przerzucał spojrzenie z miecza na mnie i z powrotem, a później podniósł ostrze… cały czas się na mnie gapiąc!

– Na co tak patrzysz? – burknęłam zakładając ręce na piersi.

– Ciężko od ciebie oderwać wzrok…

Przez chwilę miałam ochotę wybuchnąć bardzo nieprzystojącym damie śmiechem.

– Serio? To są twoje zaloty? „Ciężko od ciebie oderwać wzrok”? Widziałam, że palladyni się staroświeccy, ale tak mój dziadek mógł się starać o rękę mojej babki – odpysknęłam. Przez chwilę bałam się, że mogłam być nieco zbyt ostra, ale zażenowanie niemal natychmiast sprawiało, że stawałam się defensywna. Nie chciałam wyglądać na słabą, nie w jego oczach.

– Może i jest to staroświeckie, ale w pełni zgodne z prawdą.

Na to nie miałam już żadnej odpowiedzi. To było głupie, zachowywaliśmy się jak dwójka dzieciaków bawiących się w damy i rycerzy, ale w jakiś dziwny sposób nie przeszkadzało mi to, poza palącym rumieńcem. Owszem otrzymywałam wcześniej komplementy, byłam bardem na wszystkich bogów, ale żadne z nich nigdy nie były tak… szczere.

Próbując ukryć jak bardzo płoną mi policzki, odwróciłam się tyłem.

– Trzymaj się swojej połowy – rzuciłam wskazując na łóżko.  Sama usadowiłam się na przeciwnej stronie, pozostawiając Randalowi spanie bliżej drwi.

– Tak, tak, nie przejmuj się… – Z ukosa obserwowałam jak siada na łóżku plecami do mnie, a później podnosi wzrok i patrzy na drzwi. Dobrą chwilę nikt się nie odezwał.

– Tam jest woda – burknęłam z końcu chowając się pod kołdrą i próbując dać mu minimum prywatności, kiedy będzie chciał się umyć.

– Przy mnie nic ci się nie stanie, obiecuję – usłyszałam nim zasnęłam.

Następnego dnia niemal nie chciałam się budzić. Było mi ciepło i wygodnie, moja głowa leżała na czymś solidnym, a czyjeś ramię obejmowało mnie w talii. Chwilę później moja „poduszka” zatrzęsła się, a we słowach poczułam delikatny powiew, jakby czyjegoś oddechu, urwanego, tłumionego śmiechu. Kiedy otwarłam oczy napotkałam rozbawione spojrzenie Randala.

Głupia leżałam z głową na jego piersi i tuliłam się do niego jak dziecko do szmacianej lalki.

Odskoczyłam gwałtownie o mało nie spadając z łóżka i odwróciłam się do niego plecami.

– Trzymaj się swojej połowy, co? – słyszałam całe to zadowolenie w jego głosie.

– Zamknij się…



Reszta dnia minęła nam, po raz kolejny w niezręczniej ciszy. Rozpierzchliśmy się po Wrotach każdy robiąc potrzebne zakupy… a raczej, jak się później okazało, zrzucając się na kolejne potrzebne rzeczy. Przez chwilę miałam wrażenie, że ja i Ragnar jesteśmy tam nie tyle do towarzystwa o ile od pożyczania kolejnych sztuk złota. Prawie zapomniałam już, jakimi dusigroszami potrafili być rzemieślnicy z wielkich miast, szczególnie tak newralgicznych, jak Wrota Baldura.

Słońce było już niemal z zenicie, kiedy zgodnie stwierdziliśmy, że mamy już wszystko co potrzebujemy, a raczej, że posiadamy niezbędne minimum, na które było nas stać. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy Randal bez słowa zaprowadził nas z powrotem do Billy’ego i zaczął targować się z karczmarzem o konie, które pożyczyliśmy od Elli. W pewnej chwili musiałam go wręcz powstrzymywać i zatrzymać cenę na siedmiu sztukach złota. SIEDEM SZTUKA ZŁOTA! ZA CZTERY KONIE!

Nie kryłam zachwytu, kiedy po raz kolejny dane mi było zobaczyć się z małym gniadoszkiem, którego w myślach zaczęłam nazywać już Artax. Po raz kolejny moje zachowanie wokół koni nie umknęło uwadze Randala, ale tym razem rzuciłam mu jedynie pełen wdzięczności uśmiech nim ruszyliśmy w drogę.

Teraz, kiedy cała nasza trójka siedzi przy ogniu, wszystko wydaje się jakieś spokojniejsze. Xsarvo wciąż jest swoim burkliwym sobą, ale Randal i Ragnar wydają się dogadywać ze sobą o wiele bardziej, od całego fiaska w karczmie. Kilka razy proponowałam Ragnarowi mały sparing, ale on tylko zbywał mnie prośbą o jakiś kolejny utwór. W takich chwilach wszystko wydaje się tak spokojne, magiczne i nierealne… Jak wspomnienie, które Xsarvo pokazał mi nie tak dawno temu w katakumbach.

Mam tylko nadzieję, że teraz nic nie przyjdzie, by zniszczyć to, co udało nam się powoli zbudować...